ANTYCHRYST

Deutsche Oper Berlin

Szalona wizja końca – „Antychryst” Rueda Langgaarda w Deutsche Oper Berlin

Są spektakle, o których trudno zapomnieć. Są też takie, o których trudno przestać mówić. „Antychryst” Rueda Langgaarda zdecydowanie należy do obu kategorii. Gdy Deutsche Oper Berlin sięga po to niecodzienne, wręcz osobliwe dzieło duńskiego kompozytora, wiadomo już, że nie będzie to wieczór ani „łatwy”, ani „bezpieczny”. Ale za to jak fascynujący! Langgaard, nieco szalony samotnik duńskiej muzyki XX wieku, przez lata pozostawał na marginesie repertuaru – nie pasował do modernizmu, nie podobał się klasykom. „Antychrysta” ukończył w 1930 roku, ale premiera sceniczna miała miejsce dopiero... w 1999 roku! Tym bardziej fakt, że berlińska opera zdecydowała się sięgnąć po to dzieło, i to w tak spektakularnej formie, jest prawdziwym ewenementem na skalę światową.

Od pierwszej sceny wiadomo było, że nie będzie to klasyczne ujęcie apokaliptycznego dramatu. Reżyser Ersan Mondtagstworzył wizję wręcz halucynacyjną – kalejdoskop emocji, obrazów i skojarzeń. Scenografia i kostiumy (Mondtag i Annika Lu Hermann) przypominały momentami świat z obrazów Pabla Picassa – zdeformowane sylwetki, ekspresyjne kształty, surrealistyczne maski. To wszystko uderzało z siłą wizji sennej albo, nie bójmy się tego słowa, mistycznego delirium.

Postaci takie jak „Nienawiść”, „Kłamstwo” czy „Wielka Nierządnica” przywodziły na myśl biblijne archetypy i jednocześnie współczesne lęki. Szkarłat, czerń i błysk – te trzy kolory dominowały w wizji Mondtaga, a do tego zmysłowa, precyzyjna choreografia Roba Fordeyna, w której każdy gest i ruch tancerzy wpisywał się w misterną strukturę tej antyopery. Wchodząc w ten świat, czułem się trochę jak dziecko w muzeum snów: zafascynowany, trochę zagubiony, totalnie porwany. Jeśli miałbym wskazać jeden głos, który utkwił mi w pamięci najmocniej – bez wahania byłby to Thomas Lehman jako Lucyfer. W tej niejednoznacznej, pełnej pokus i wyzwań partii Lehman był charyzmatyczny, opanowany i porywający. Jego głos – baryton o niemal demonicznej barwie – niósł się z potężną mocą, ale też z niesamowitą muzykalnością. Miał w sobie coś zarówno z uwodziciela, jak i kaznodziei – głos, któremu chce się wierzyć, nawet jeśli zapowiada zagładę.Były momenty, w których Lehman dominował scenę niemal fizycznie – jakby cały teatr został podporządkowany jego obecności. Gdy wypowiadał swoje kwestie, milczała nie tylko orkiestra, ale i my na widowni – wbici w fotele, zahipnotyzowani. Dla mnie był to najlepszy wokalny moment wieczoru, a jego interpretacja dodała Lucyferowi głębi nie tylko muzycznej, ale i egzystencjalnej. Ale Lehman nie był jedynym mocnym ogniwem. Cała obsada była znakomita – od Jonasza Grundnera-Culemanna (Głos Boga), przez Clemensa Biebera (Wielkie Słowo), po Valerię Savinskaię i Irene Roberts. Każdy z solistów wnosił coś własnego, a jednocześnie był częścią spójnej całości. Czuć było, że zespół włożył ogrom pracy nie tylko w wokalną precyzję, ale też aktorską intensywność. Nie sposób też nie wspomnieć o Chórze Deutsche Oper, przygotowanym przez Jeremy’ego Binesa. Brzmienie chóru było po prostu porywające – pełne, selektywne, emocjonalne. W scenach zbiorowych, które momentami przypominały apokaliptyczne oratoria, chór dosłownie unosił przestrzeń dźwiękiem. To była wspólna ekstaza – zespół, który nie tylko śpiewa, ale wręcz przemawia, porusza i wstrząsa.

Trudno mówić o „Antychryście” nie wspominając o samej muzyce Langgaarda. To dzieło, które nie przypomina niczego innego. Z jednej strony słychać echa romantyzmu, z drugiej – ostre, niemal kabaretowe cięcia. Langgaard nie boi się zestawiać monumentalnych chórów z groteskowymi scenami, a natchnionych hymnów z pastiszową operowością. Dyrygent Stephan Zilias potrafił w tym chaosie znaleźć porządek – orkiestra brzmiała precyzyjnie, dynamicznie, a jednocześnie nie zatraciła ekspresyjnego pazura. Czuć było napięcie, ale i przestrzeń na barwy, kontrasty, niuanse. Dzięki niemu muzyka, choć momentami szalona, nigdy nie stała się niezrozumiała – wręcz przeciwnie: prowadziła słuchacza przez piekielne pejzaże z pewną przewrotnością i błyskiem ironii.

Trudno ocenić „Antychrysta” według klasycznych kategorii. To nie jest opera „piękna” w tradycyjnym sensie. To bardziej teatr apokalipsy – coś pomiędzy oratorium, instalacją artystyczną a sennym koszmarem. Ale właśnie to czyni to doświadczenie tak niezwykłym i cennym.Jako widz wyszedłem z teatru oczarowany, oszołomiony, pełen myśli. I z poczuciem, że zobaczyłem coś naprawdę niepowtarzalnego – spektakl, który nie wydarza się co sezon, który wymyka się ramom repertuaru, który zostaje w głowie na długo. „Antychryst” Rueda Langgaarda w Deutsche Oper Berlin to spektakl wyjątkowy pod każdym względem – rzadko grany, odważnie zainscenizowany, perfekcyjnie wykonany. To dzieło, które wymaga otwartego umysłu i gotowości na teatralną podróż w nieznane. Ale jeśli damy się porwać – dostaniemy coś bezcennego: szalony sen o końcu świata, w którym diabeł śpiewa najpiękniej.

© Thomas Auris