IL TRITTICO
Deutsche Oper Berlin
Puccini w trzech odsłonach – „Il Trittico” w Deutsche Oper Berlin
Nieczęsto zdarza się, by w ciągu jednego wieczoru doświadczyć aż trzech zupełnie różnych światów operowych. Giacomo Puccini, tworząc „Il Trittico”, pokazał, jak mistrzowsko potrafi balansować między tragedią, liryzmem a błyskotliwą komedią. Spektakl w Deutsche Oper Berlin okazał się doskonałą okazją, by przejść przez wszystkie te emocjonalne stany – i to w inscenizacji, która nie tylko wydobywała esencję każdej z części, ale też w ciekawy sposób je kontrastowała.
Wieczór rozpoczął się od „Il Tabarro”, surowej opowieści o zazdrości, zdradzie i przemocy, osadzonej na barce na Sekwanie. Reżyserka Pınar Karabulut postawiła na bardzo oszczędną scenografię – dominowała czerń, stal i zgaszone światło, które potęgowało uczucie dusznej, napiętej atmosfery. Dekoracje były niemal ascetyczne – kilka elementów konstrukcyjnych imitujących metalowy pokład statku, trochę lin, beczek i mgły. Ale w tej prostocie tkwiła siła – wszystko koncentrowało się na emocjach bohaterów. W roli Luigiego wystąpił Jonathan Tetelman – i trzeba przyznać, że był to jeden z najmocniejszych punktów wieczoru. Jego tenor był potężny, nasycony dramatyzmem, a przy tym niesamowicie liryczny tam, gdzie było to potrzebne. W jego wykonaniu Luigi był nie tylko nieszczęśliwym kochankiem, ale i zranionym mężczyzną, którego marzenia rozpadają się na oczach. W duecie z Giorgettą (Carmen Giannattasio) stworzyli wiarygodną i emocjonującą relację – skrytą, niebezpieczną, pełną napięcia.Warto też wspomnieć o Mishy Kirii jako Michele – rola trudna, bo wymagająca wewnętrznej ciszy i wybuchu jednocześnie. Kiria znakomicie oddał to pęknięcie w bohaterze – jego smutek, gniew i brutalność. Il Tabarro zakończył się ciszą, która była równie wymowna jak dźwięk – wstrząsająca kulminacja.
Po krótkiej przerwie przenieśliśmy się do zupełnie innego świata – klasztornego, pełnego duchowości i emocji tłumionych pod warstwą rytuału. „Suor Angelica” została zrealizowana w bardzo podobnej estetyce co Tabarro – znowu dominowała ciemność, tym razem przełamana zimnym światłem i bielą habitów. Minimalistyczna scenografia tworzyła uniwersalną, odrealnioną przestrzeń, w której najważniejsze były relacje między kobietami i wewnętrzna walka tytułowej bohaterki. W roli Zii Principessy wystąpiła Violeta Urmana – i był to występ, który zapamiętam na długo. Jej mezzosopran zabrzmiał głęboko, złowieszczo, z dystyngowaną surowością, a jednocześnie z cieniem ukrytej emocji. To postać, która nie krzyczy, nie okazuje uczuć – ale rani precyzyjnie jak skalpel. Urmana była w tej roli absolutnie przekonująca – zarówno wokalnie, jak i aktorsko. Jej scena z Angeliką (Mané Galoyan) była majstersztykiem napięcia – dwie kobiety, dwa światy, dwa dramaty. Tytułowa Angelica w wykonaniu Galoyan była pełna liryzmu i delikatności – jej głos pięknie rozwijał się w kolejnych scenach, a scena modlitwy i finałowe „Senza mamma” wzruszało do łez. Galoyan świetnie oddała drogę od stłumionego cierpienia do pełni ekstatycznego pożegnania ze światem. Tutaj pucciniowska liryka znalazła idealne warunki do wybrzmienia – zarówno w partyturze, jak i w scenicznej prostocie.
I kiedy wydawało się, że wieczór zakończy się w minorowym tonie – nadszedł Gianni Schicchi. I był to... szok. Absolutne odwrócenie stylistyki – barwne, groteskowe kostiumy, przerysowane charaktery, scenografia jak z gotyckiej kreskówki. Reżyserka postawiła na świat rodziny Addamsów, co okazało się strzałem w dziesiątkę. Wreszcie na scenie zagościł kolor, ruch, ironia – ale też precyzyjnie poprowadzony komediowy timing. Rodzina Donatiego wyglądała jak banda ekscentrycznych, chciwych kuzynów z filmów Tima Burtona. Każdy z członków miał swój charakterystyczny rys – makijaże, fryzury, sylwetki przypominały karykaturalne portrety. Ruch sceniczny był dopracowany, pełen rytmu i humoru. A w tym wszystkim pojawił się Gianni Schicchi – wspaniały Misha Kiria. Kiria, który wcześniej był mrocznym Michele, tutaj błyszczał jako zuchwały, charyzmatyczny oszust z klasą. Jego baryton był mocny, elastyczny i idealnie wpisywał się w pucciniowską frazę – a do tego miał niesamowity dar aktorski. Potrafił rozśmieszyć widownię jedną miną, jednym gestem. Scena przebierania się za zmarłego Buoso Donatiego była komiczna i zarazem perfekcyjnie muzyczna. Mané Galoyan pojawiła się też jako Lauretta – jej słynne „O mio babbino caro” zaśpiewane zostało z czystym, lirycznym wdziękiem, choć może nieco bardziej zdystansowanie niż klasycznie wzruszająco. Niemniej – duet z Kirią miał świetną chemię i rytm. Pozostałe postaci – Zita (Annika Schlicht), Rinuccio (Andrei Danilov), Betto, Nella, Marco – stworzyli fantastyczny, zgrany zespół komediowy, który niósł akcję bez zgrzytów i z ogromną lekkością.
Choć każda z części „Il Trittico” opowiada inną historię, reżyserka i zespół realizatorów zadbali o to, by wieczór był spójny. Scenografia autorstwa Micheli Flück była zmienna, ale oszczędna, pozwalająca każdej części rozgrywać się w swojej przestrzeni – statku, klasztorze, barokowej willi. Kostiumy Teresy Vergho idealnie wkomponowały się w estetykę każdej z historii – od realistycznych, przez symboliczne, po groteskowe. Światło (Carsten Rüger) budowało klimat – przytłumione i dramatyczne w Tabarro i Angelice, ostre i kontrastowe w Schicchim. To dzięki niemu każda część miała własny rytm oddechu, a jednocześnie wieczór nie tracił rytmu całości.
„Il Trittico” w Deutsche Oper Berlin był dla mnie jednym z tych spektakli, które pokazują, jak wiele opera ma do zaoferowania. Trzy jednoaktówki Pucciniego zyskały tu osobne głosy i własne dusze, a jednocześnie były misternie połączone estetyką i pomysłem inscenizacyjnym. Od mrocznego dramatu, przez liryczną religijną medytację, aż po błyskotliwą groteskę – wszystkie emocje w jednym wieczorze. Wybitne kreacje solistów (Jonathan Tetelman, Violeta Urmana, Misha Kiria), sprawna reżyseria, zespół świetnie zgrany wokalnie i aktorsko, a do tego spójna wizja sceniczna – to wszystko sprawiło, że ten wieczór pozostanie ze mną na długo.


© 2025. All rights reserved.
