LA FIAMMA

Deutsche Oper Berlin

© Monika Rittershaus

Ogień, który tli się pod powierzchnią – „La Fiamma” w Deutsche Oper Berlin

W świecie opery są tytuły, które powracają jak refren – Verdi, Puccini, Wagner. Ale są też takie, które pojawiają się rzadko, niemal niepostrzeżenie – i kiedy już się pojawią, są jak odnaleziony skarb. „La Fiamma” Ottorina Respighiegoto właśnie taki przypadek. Ta opera, która miała swoją prapremierę w Rzymie w 1934 roku, jest niemal zapomniana poza Włochami. Tym większy szacunek należy się Deutsche Oper Berlin, że sięgnęła po to dzieło – i zrobiła to z klasą, rozwagą i... ogniem.

Już samo nazwisko dyrygenta elektryzuje: Carlo Rizzi to niekwestionowany autorytet, jeśli chodzi o włoską operę. I tu nie zawiódł – od pierwszych taktów wprowadził orkiestrę w gęsty, nasycony świat Respighiego z precyzją i wyczuciem. Muzyka pod jego batutą pulsowała napięciem, a jednocześnie nigdy nie przytłaczała śpiewaków. Rizzi zdołał wydobyć z tej partytury to, co najlepsze – bogactwo kolorystyki, dramatyzm, ale i subtelność. Respighi nie pisze opery w stylu Pucciniego – to muzyka bardziej zakorzeniona w tradycji, bardziej mroczna i powściągliwa, wymagająca od dyrygenta ogromnej czujności. A Rizzi poprowadził całość z włoskim nerwem i niemiecką precyzją, co w tym kontekście było zestawieniem idealnym.

W tej gęstej od emocji opowieści o oskarżonej o czary kobiecie, każda postać ma swoje znaczenie. Ale jedną z ról, która najbardziej utkwiła mi w pamięci, była Agnese di Cervia, grana przez Doris Soffel. To nie była rola pierwszoplanowa, ale Soffel – weteranka sceny, artystka o niebywałej klasie – potrafiła zbudować z niej figurę tragiczną i dostojną. Jej mezzosopran zabrzmiał ciemno, głęboko, z wyraźnym rysem dramatyzmu. W kilku chwilach scenicznych stworzyła portret kobiety doświadczonej, surowej, ale ludzkiej, a każda jej fraza niosła ciężar doświadczenia. Publiczność to wyczuła – oklaski dla Soffel były wyjątkowo serdeczne.

Pod względem inscenizacyjnym „La Fiamma” była oszczędna, ale bardzo sugestywna. Scenografia Herberta Murauera nie epatowała efektami, ale znakomicie podkreślała nastrój – surowe, geometryczne przestrzenie, prosta paleta barw, światło budujące napięcie. Styl wizualny przywodził na myśl malarską surowość Caravaggia i chłód włoskiego neorealizmu. Ciemne sylwetki na tle światła, symboliczne detale, doskonałe prowadzenie postaci. Ten minimalizm miał jednak siłę – nie odciągał uwagi od muzyki i gry aktorskiej, a wręcz je podbijał. Można było się skupić na relacjach, emocjach i narastającym dramacie – zwłaszcza w finale, który rozgrywał się niemal bez dekoracji, a jednak wbijał w fotel.

W roli Silvany, głównej bohaterki oskarżonej o herezję, wystąpiła Olesya Golovneva – sopran czysty, skupiony, o dramatycznym potencjale. Jej kreacja była przekonująca, choć chwilami zdystansowana emocjonalnie. Partnerował jej Georgy Vasiliev jako Donello, tenor o jasnym brzmieniu i szlachetnej linii. Warto też wyróżnić Ivan Inverardiego jako Basilia i Martina Serafina – obaj pokazali siłę włoskiego stylu w pełnym blasku. Nie sposób nie wspomnieć o chórze Deutsche Oper, który po raz kolejny udowodnił swoją klasę. W scenach zbiorowych – sąd, modlitwy, finał – brzmiał jak zespół gotowy do nagrania płytowego: precyzyjnie, dynamicznie i z odpowiednim ciężarem dramatycznym.

„La Fiamma” w Deutsche Oper Berlin to rzadki klejnot operowego repertuaru, który został wydobyty z mroku zapomnienia i pokazany w pełnym świetle. Świetne prowadzenie Carlo Rizziego, poruszająca obecność Doris Soffel, wyrazista, choć skromna scenografia i mocny zespół wokalny – wszystko to złożyło się na wieczór, który zostaje w pamięci. To był ogień, który nie wybucha w płomieniu, ale tli się pod powierzchnią – cicho, groźnie, pięknie.