MITTWOCH AUS LICHT (Środa de Światła)

Deutsche Oper Berlin

© Julian Roeder

Granice brzmienia.

Czy można jeszcze odkryć coś nowego w brzmieniu instrumentów, które znamy od setek lat? Ile dźwięków można wydobyć ze skrzypiec, fletu, puzonu czy ludzkiego głosu? Gdzie kończą się możliwości tradycyjnej instrumentacji? Z takimi refleksjami opuszczałem 20 września 2026 berlińską Deutsche Oper po obejrzeniu i wysłuchaniu „Mittwoch aus Licht” („Środa ze Światła”) Karlheinza Stockhausena. Spektaklu, który bez wahania zaliczam do najbardziej niezwykłych doświadczeń muzycznych i teatralnych, jakie dane mi było przeżyć.

Karlheinz Stockhausen (1928–2007), jeden z najwybitniejszych przedstawicieli powojennej awangardy i pionierów muzyki elektronicznej, przez całe życie poszukiwał nowych sposobów organizowania dźwięku. Eksperymentował z jego barwą, przestrzennością, elektroniką, a także z samym sposobem słuchania muzyki.

Najbardziej monumentalnym przedsięwzięciem kompozytora okazał się cykl „Licht. Die sieben Tage der Woche” („Światło. Siedem dni tygodnia”), nad którym pracował w latach 1977–2003. Siedem oper, odpowiadających kolejnym dniom tygodnia, tworzy razem około 29 godzin muzyki! Dla porównania, słynna tetralogia „Pierścień Nibelunga” Richarda Wagnera obejmuje około 15–16 godzin muzyki. Stockhausen stworzył zatem dzieło niemal dwukrotnie dłuższe, wykraczające daleko poza tradycyjne rozumienie opery. Poszczególne dni tygodnia mają w tym cyklu własną symbolikę, a całość opiera się na trzech postaciach: Michale, Ewie i Lucyferze. „Środa” poświęcona jest przede wszystkim ideom miłości, porozumienia i współdziałania.

Sama historia sceniczna jest daleka od tego, czego moglibyśmy oczekiwać od tradycyjnej opery. Mamy tutaj obrady światowego parlamentu, niezwykły konkurs instrumentalistów, kwartet smyczkowy wykonywany w czterech helikopterach, a wreszcie międzyplanetarne zgromadzenie, w którym pojawia się nawet śpiewający i tańczący wielbłąd. Brzmi absurdalnie? Być może. Ale właśnie w tym tkwi niezwykłość wyobraźni Stockhausena.

„Mittwoch aus Licht” doczekała się pierwszej pełnej inscenizacji dopiero w 2012 roku w Birmingham, pięć lat po śmierci kompozytora. Dopiero we wrześniu 2026 roku dzieło zostało po raz pierwszy zaprezentowane w całości na scenie operowej w Niemczech, ojczyźnie Stockhausena. Historyczna premiera odbyła się 19 września w Deutsche Oper Berlin. Miałem przyjemność uczestniczyć w kolejnym przedstawieniu, dzień później.

Dwa elementy tego wieczoru zachwyciły mnie szczególnie: niezwykle pomysłowa inscenizacja oraz fenomenalny poziom wykonawczy instrumentalistów i śpiewaków.

Za koncepcję przedstawienia odpowiadali Susanne Kennedy i Markus Selg. Kennedy zajęła się również reżyserią, natomiast Selg stworzył scenografię. Kostiumy zaprojektowała Andra Dumitrascu, reżyserię światła przygotował Marcel Weber/MFO, a za projekcje wideo odpowiadali Warja Rybakova i Markus Selg. Powstał spektakl o niezwykłej sile oddziaływania wizualnego. Monumentalna przestrzeń sceniczna, hipnotyzujące obrazy, światło, projekcje i precyzyjnie zaplanowany ruch wykonawców tworzyły świat, w którym trudno było oddzielić muzykę od teatru. Nie była to inscenizacja mająca opowiedzieć widzowi historię w tradycyjnym znaczeniu, lecz zaproszenie do uczestniczenia w osobliwym ceremoniale, w którym każdy gest, dźwięk i obraz zdawał się mieć swoje miejsce.

Zdaję sobie sprawę, że taka estetyka może dzielić publiczność. Po berlińskiej premierze pojawiły się recenzje krytyczne wobec nadmiaru symboliki czy dominacji multimediów nad muzyką. Ja odebrałem to zupełnie inaczej. W moim przekonaniu twórcom udało się stworzyć niezwykle sugestywną przestrzeń, która pozwala jeszcze głębiej wejść w świat Stockhausena.

Jednak największe wrażenie zrobiła na mnie sama materia dźwiękowa.

Słuchając kolejnych prezentacji instrumentalistów w drugiej scenie, „Orchester-Finalisten”, pomyślałem o „Bolerze” Maurice’a Ravela. Oczywiście są to kompozycje należące do zupełnie różnych światów estetycznych. Ravel stworzył w swoim słynnym dziele niemal podręcznikowe studium instrumentacji. Powtarzający się temat melodyczny, przekazywany kolejnym instrumentom i ich zestawieniom, pozwala odkrywać bogactwo kolorystyczne orkiestry.

O ile Ravel pokazuje, jak różnie może zabrzmieć ta sama melodia, o tyle Stockhausen zdaje się pytać, jak wiele nieodkrytych jeszcze dźwięków można wydobyć z jednego instrumentu.

I właśnie to studium granic możliwości brzmieniowych zrobiło na mnie ogromne wrażenie. W „Orchester-Finalisten” kolejni instrumentaliści wykorzystują rozmaite techniki artykulacyjne i wykonawcze. Instrument staje się źródłem szmerów, drgań, niezwykłych rezonansów i brzmień, których nie spodziewalibyśmy się po jego tradycyjnym zastosowaniu. A wszystko to wykonywane było z nieprawdopodobną precyzją! Mimo tak wielkiego zróżnicowania środków wykonawczych wszystkie te dźwięki znakomicie ze sobą współbrzmiały, tworząc przemyślaną i perfekcyjnie przygotowaną całość.

Wielkie uznanie należy się muzykom francuskiego Ensemble Le Balcon, którzy pod kierownictwem Maxime’a Pascala zaprezentowali prawdziwy popis swoich możliwości. Chwilami miałem wręcz wrażenie, że zespół ten został stworzony właśnie do wykonywania muzyki Stockhausena. Niezwykle trudnej, wymagającej absolutnej dyscypliny, a jednocześnie pełnej emocji, napięć i zaskakujących rozwiązań brzmieniowych.

Równie fascynującym doświadczeniem okazała się pierwsza scena, „Welt-Parlament”, z udziałem chóru Deutsche Oper Berlin, prowadzonego przez Jeremy’ego Binesa.

Tutaj instrumentem staje się ludzki głos.

Stockhausen wykorzystuje jego możliwości w sposób daleko wykraczający poza tradycyjnie rozumiany śpiew chóralny. Zróżnicowana artykulacja, gwałtowne zmiany dynamiki, niezwykłe zestawienia głosów, partie solowe i skomplikowane struktury rytmiczne tworzą fascynującą mozaikę brzmieniową. Szczególne uznanie należy się solistom wyłaniającym się z zespołu chóralnego. Ich występy były równie imponujące jak prezentacje instrumentalistów. Znakomicie wypadła również Rachel Pinevska, występująca jako zastępczyni przewodniczącego parlamentu.

Właśnie te dwie sceny – „Welt-Parlament” i „Orchester-Finalisten” – stanowiły dla mnie swoisty dyptyk. Dwa niezwykłe studia brzmienia: pierwsze poświęcone głosowi ludzkiemu, drugie instrumentom muzycznym.

A przecież na tym nie kończyły się niespodzianki tego wieczoru!

Trzecia scena, słynny „Helikopter-Streichquartett”, to jeden z najbardziej niezwykłych pomysłów w historii muzyki współczesnej. Stockhausen przewidział wykonanie kwartetu smyczkowego przez czterech instrumentalistów znajdujących się w czterech oddzielnych helikopterach. Dźwięki instrumentów, odgłosy wirników oraz transmisja elektroniczna tworzą wspólną strukturę muzyczną.

W berlińskiej realizacji wykorzystano nagranie przygotowane 5 września 2026 roku na lotnisku Schönhagen pod Berlinem. Nie umniejszyło to jednak siły oddziaływania tej sceny. Wręcz przeciwnie! W pewnym momencie nad sceną opuściły się cztery wielkie ekrany, na których mogliśmy obserwować muzyków znajdujących się w helikopterach. Obrazom towarzyszył potężny dźwięk wirników, znakomicie zintegrowany z partiami instrumentów smyczkowych. Całość robiła piorunujące wrażenie.

Było głośno, chwilami wręcz ekstremalnie. Co ciekawe, podczas antraktu rozdawano publiczności zatyczki do uszu. Nie zauważyłem jednak, aby ktokolwiek z nich korzystał!

Ogromne brawa należą się muzykom kwartetu smyczkowego orkiestry Deutsche Oper Berlin: Anna Matz (pierwsze skrzypce), Monia Rizkallah (drugie skrzypce), Kirsikka de Leval Jezierski (altówka) oraz Arne-Christianowi Pelzowi (wiolonczela). Ich wykonanie było fenomenalne!

Ostatnia scena, „Michaelion”, przenosi widza w świat międzyplanetowego zgromadzenia, pełnego osobliwych postaci i symbolicznych zdarzeń. Także tutaj znakomicie zaprezentowali się artyści Ensemble Le Balcon. Wszyscy instrumentaliści imponowali niezwykłą precyzją wykonawczą, swobodą i umiejętnością wydobywania z instrumentów zaskakujących barw dźwiękowych. Największe wrażenie wywarł na mnie jednak trębacz Henri Deléger, którego wirtuozeria, techniczna biegłość i bogactwo brzmieniowe zasługiwały na szczególne uznanie. Całość, wzbogacona partiami wokalnymi i elektroniką, stanowiła fascynujące zwieńczenie tego niezwykłego spektaklu.

Nie sposób również pominąć ogromnej roli realizacji dźwięku. W muzyce Stockhausena przestrzeń jest jednym z elementów kompozycji, dlatego odpowiednie rozmieszczenie i projekcja brzmień mają fundamentalne znaczenie. Florent Derex, odpowiedzialny za reżyserię dźwięku, wykonał pracę zasługującą na najwyższe uznanie.

Po zakończeniu przedstawienia długo pozostawałem pod wrażeniem tego, co zobaczyłem i usłyszałem.

Mam świadomość, że muzyka Stockhausena nie jest łatwa w odbiorze. Wymaga otwartości, koncentracji i gotowości do porzucenia przyzwyczajeń wyniesionych z obcowania z tradycyjnym repertuarem operowym. Nie znajdziemy tutaj pięknych arii w stylu Pucciniego, rozbudowanych ansambli Verdiego ani klasycznie prowadzonej akcji dramatycznej. Znajdziemy natomiast coś zupełnie innego: fascynujące laboratorium dźwięku, w którym niemal wszystko staje się możliwe.

Nie podzielam opinii tych recenzentów, którzy w berlińskiej inscenizacji dostrzegli przede wszystkim nadmiar teatralnej symboliki czy multimedialnego przepychu. Dla mnie właśnie połączenie tak niezwykłej wizji scenicznej z perfekcyjnym wykonaniem muzycznym stanowiło o sile tego przedstawienia.

Susanne Kennedy i Markus Selg stworzyli świat, który na ponad cztery godziny pozwolił oderwać się od rzeczywistości. Maxime Pascal, Ensemble Le Balcon, chór Deutsche Oper Berlin oraz wszyscy soliści udowodnili natomiast, że nawet najbardziej skomplikowana partytura może zabrzmieć z niezwykłą precyzją, ekspresją i artystyczną swobodą.

Wracam jednak do myśli, która towarzyszyła mi podczas spektaklu najczęściej. Ravel w swoim „Bolerze” pokazał, jak niezwykłe bogactwo kolorystyczne kryje się w tradycyjnej orkiestrze. Stockhausen otworzył przed słuchaczem zupełnie nowe perspektywy, przesuwając granice tego, co możemy uznać za dźwięk muzyczny.

„Mittwoch aus Licht” jest dla mnie przede wszystkim niezwykłym studium możliwości brzmieniowych instrumentu i ludzkiego głosu. Dowodem na to, że nawet po stuleciach rozwoju muzyki wciąż istnieją obszary dźwiękowej wyobraźni, które potrafią nas autentycznie zaskoczyć.

Dla mnie był to wieczór absolutnie wyjątkowy. Jeden z tych, które przypominają, jak nieograniczone możliwości ma sztuka muzyczna i jak wiele jeszcze potrafi nam zaoferować.

Wielkie brawa dla wszystkich twórców i wykonawców berlińskiej „Środy ze Światła”!

© 2026. All rights reserved.