PIERŚCIEŃ NIBELUNGA
Deutsche Oper Berlin
Nieczęsto zdarza się spędzić blisko 15 godzin w operze, śledząc epicką tetralogię Richarda Wagnera. Jako pasjonat opery od lat marzyłem, by przeżyć cały cykl Der Ring des Nibelungen na żywo – cztery dramaty muzyczne oparte na germańskich mitach, które Wagner tworzył przez ponad 25 lat. To dzieło uznawane jest za jedno z najbardziej monumentalnych osiągnięć teatru muzycznego.
Majowo-czerwcowy cykl w Deutsche Oper Berlin 2024 był więc dla mnie prawdziwym muzycznym świętem, a jednocześnie podróżą w głąb historii opery. Nową inscenizację przygotował Stefan Herheim – prywatnie uczeń legendarnego Götza Friedricha, twórcy słynnej „zimnowojennej” berlińskiej wersji Ringu granej przez ponad trzy dekady. Mając świadomość tej tradycji i ciężaru dzieła, zasiadłem na widowni z wypiekami na twarzy. Od pierwszych taktów Złota Renu czułem dreszcze. Orkiestra Deutsche Oper brzmiała potężnie, a jednocześnie przejrzyście. Sir Donald Runnicles, wieloletni dyrektor muzyczny teatru, poprowadził cały cykl z niezwykłą swobodą, precyzją i dbałością o dramaturgię. Każdy motyw przewodni – od złowrogich tonów mroku Nibelungów po liryczne uniesienia miłosne – rozbrzmiewał z pełnym wyrazem. W kulminacyjnym finale Götterdämmerung, gdy maestro wyszedł na scenę razem z muzykami, publiczność zawrzała entuzjazmem. Brawa dla orkiestry były równie gorące jak dla solistów – w pełni zasłużenie. Czuć było, że serce tej interpretacji bije właśnie w orkiestronie. Dla mnie – absolutny wzór wykonania Wagnera.
Już od pierwszych minut wiadomo było, że Stefan Herheim opowie tę historię w sposób szczególny. Na scenie pojawił się fortepian koncertowy, z którego bohaterowie wydobywają rekwizyty, postaci i... całe uniwersum. Widzimy jak „zwykli ludzie” zakładają kostiumy i stają się bogami, karłami, herosami. Teatr w teatrze – momentami dosłowny, momentami symboliczny – przewijał się przez wszystkie cztery części cyklu. Fortepian towarzyszy bohaterom aż do ostatniego aktu Zmierzchu bogów, stając się niemym świadkiem upadku i odrodzenia. Herheim z rozmachem i inteligencją prowadzi wizualną narrację, nie tracąc z oczu dramaturgii. Choć jego inscenizacja jest pełna pomysłów, odniesień i symboli, pozostaje zaskakująco klarowna. Opowieść jest prowadzona konsekwentnie, a widz nigdy nie gubi się w gąszczu metafor. Wszystko do siebie pasuje: powracające obrazy, stale obecni statyści, obecność „widowni” na scenie – to wszystko buduje mocne poczucie całości i głębokiego sensu. Herheim nie tylko wystawił Ring, on go opowiedział – od pierwszego akordu aż po ostatnią nutę.
Cykl zachwycił nie tylko inscenizacją i orkiestrą, ale też znakomicie dobraną obsadą. To nie był festiwal wielkich nazwisk, ale pokaz solidnej, stylowej wokalistyki i silnych kreacji dramatycznych. W roli Wotana usłyszeliśmy dwóch różnych śpiewaków: Iaina Patersona w Złocie Renu, a następnie Dereka Weltona w Walkirii i Siegfriedzie. Obaj stworzyli bardzo różne, ale równie przekonujące portrety władcy bogów. Fricka w wykonaniu Anniki Schlicht była imponująca – głos mocny, barwny i dramatyczny. Sieglinde – śpiewana przez Danielę Köhler – była jedną z moich ulubionych kreacji całego cyklu. Köhler weszła do obsady w ostatniej chwili, ale zachwyciła głosem i emocjonalną prawdą. Jej duet z Siegmundem (Daniel Frank) był prawdziwym sercem Walkirii. W finałowej części cyklu absolutnie porwała mnie Ricarda Merbeth jako Brünnhilde – głos niesamowity, pełen ognia, dramatyzmu, ale też ogromnej czułości. Warto też wspomnieć o mniejszych rolach – Loge w interpretacji Thomasa Blondelle był iskrzący i przewrotny, Alberich Jordana Shanahana wywoływał dreszcze. A córki Renu, z Lea-ann Dunbar na czele, brzmiały jak anioły – czysto, lekko, hipnotycznie. Zresztą Dunbar pojawiła się także jako Woglinde w Zmierzchu bogów, zamykając w ten sposób piękną muzyczną klamrę. Ogromne wrażenie zrobiła też Lindsay Ammann, która wcieliła się zarówno w Erdę, jedną z Norn i Floßhilde. Jej głos – ciemny, głęboki, tajemniczy – wnosił aurę magii i przeznaczenia. Scena z trzema Nornami na początku Götterdämmerung była jednym z moich ulubionych momentów całego cyklu.
Oglądanie całego Pierścienia w ciągu kilku dni to nie tylko przyjemność estetyczna – to doświadczenie emocjonalne, niemal rytualne. W Deutsche Oper Berlin czuć było, że zarówno widzowie, jak i artyści traktują to wydarzenie jako coś wyjątkowego. Widownia była pełna zaangażowanych melomanów z całego świata, a atmosfera wieczór po wieczorze stawała się coraz bardziej wspólnotowa. Zwieńczenie w postaci Götterdämmerung poruszyło mnie do głębi. W finale, po śmierci Brünnhildy i zniszczeniu Valhalli, zapadła chwila ciszy – niemal święta. A potem brawa, które zdawały się nie mieć końca. Była w tym wszystkim jakaś prawda. Jakbyśmy wszyscy – widzowie, śpiewacy, muzycy – przeszli przez coś wielkiego razem.
„Pierścień Nibelunga” w Deutsche Oper Berlin to był dla mnie jeden z tych artystycznych momentów, które zostają z człowiekiem na długo. Orkiestra brzmiała doskonale, reżyseria była świeża, przemyślana i fascynująca, a obsada zagrała całość z pełnym zaangażowaniem. Czułem się dopieszczony jako widz – zarówno emocjonalnie, jak i intelektualnie.








© Bernd Uhlig
© 2025. All rights reserved.
